Roztańczone – nie zmieszane.

Od kilku lat, coraz większym hitem Polskiej jesieni kulturalno – tanecznej staje się turnie tańca, którego głównym reżyserem i łaskawcą jest producent znanej marki Martini, oraz CIN& CIN. W roku 2010, CIN&CIN Polish cup również jest największym i najważniejszym wydarzeniem tanecznym. Sukcesem ów turnieju jest fakt zainteresowania nim rzeszy gwiazd, gwiazdeczek, celebrytów showbiznesu, oraz ludzi z kręgów sztuki, polityków a nadto amatorów i entuzjastów tańca, tancerzy. Wieści bowiem o turnieju tym rozchodzą się jak wici, dzięki mediom docierając do wielu odbiorców w kraju i za granicą. Turniej – CIN&CIN Polish Cup to zwykle niecodzienne święto tańca, oraz jedyna w swoim rodzaju szansa, by podziwiać samemu zawodowych tancerzy, brylujących na parkietach na najwyższych poziomach wtajemniczenia w sztuce tańca. Ale to również niepowtarzalna szansa aby doświadczać erupcji emocji, których źródłem są rywalizacje najlepszych par tancerzy. Producent znanej marki bowiem, poszedł śladami innego producenta, otóż producent Heinekena utworzył międzynarodowy festiwal muzyki „ Heineken Opener”, który odnosi sukcesy.

Tak Cin&Cin jest obecnie synonimem tańca, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przy czym nie jest istotnym że jest to producent alkoholu, wszak alkohol poniekąd zawsze się wiązał z tańcem, podobnie jak sama muzyka. Ważne jest że ludzie się dobrze bawią, po drugie istotnym jest również, że gdyby nie sponsorzy i organizatorzy takich imprez to Polska scena kulturalna mogła by być znacznie uboższa, a już na pewno byłaby zupełnym zaściankiem europy. Bussines i bussines, jak mawiają Anglosasi, to znaczy reklama w zamian za kulturę, i to jest fair, albowiem kultura zawsze wymaga hojnych mecenasów. A taniec jest akurat bardzo przyjemną dla ucha i oka dziedziną owej sztuki, bez względu na wiek, człowiek każdy odnajdzie w nim radość, ukojenie. Bo zgodnie nawet z aktualną wiedzą naukową, taniec przedłuża życie, w taki sposób że czyni je bardziej znośnym.

Historia tańcem, nie całkiem pisana.

W naszym kraju na chwilę, obecną istnieje przynajmniej kilka grup zawodowych tancerzy, każda z owych grup ma swoją wartość i konkretne sukcesy na koncie.
Jedną z najstarszych i najlepszych grup tanecznych jest grupa Sabat, pod kierownictwem jej twórczyni i onegdaj tancerki – Małgorzaty Potockiej. De facto Sabat to raczej teatr rewiowy w szerokim tego słowa znaczeniu, powstały i odnoszący sukcesy, jeszcze zanim Janusz Józefowicz zaczął marzyć o swoim Metro. Polska ma zdolnych bardzo artystów, rewiowych, i chociaż może Marszałkowska to nie Broadway, to tradycje rewii sięgają przedwojennych korzeni. Z korzeni ów czerpią zarówno Sabat, jak pozostałe grupy taneczne.
Grupy ów, zarabiają na życie tańcem w spektaklach rewiowych, filmach ( choćby najnowszy film tancerze), czy dając pokazy w kurortach turystycznych świata, albo na transatlantyckich statkach.

Z grupą Sabat akurat, mało kto pamięta iż wiąże się historia uprowadzenia przez terrorystów statku MS Achilles Lauro w październiku 1985 roku. Wówczas to palestyńscy porywacze w odwecie za Izraelskie naloty, porwali statek wraz z pasażerami i pracownikami obsługi rejsu, do których to pracowników należeli, zakontraktowani na usługi – grupa taneczna Sabat wraz z Małgorzatą Potocką i jej mężem Wojciechem Gąssowskim.
W efekcie negocjacji po około 2 tygodniach statek zwolniono razem z zakładnikami, niemniej dwoje zakładników zastrzelono. To się nazywa ryzykowna przygoda, widać nie tylko taniec stanowi wyzwanie. Z kolei jedynym sukcesem występów na Broadway –u , może się pochwalić jedynie spektakl Janusza Józefowicza – Metro. W zasadzie jest to jedyny spektakl który był grany praktycznie od Moskwy aż po Nowy Jor, co dowodzi zdolności Polskich tancerzy, którzy są wybitnie utalentowani, którzy potrafią niekiedy narażać swe życie i zdrowie dla tańca, właśnie przez to osiągają rezultaty. Gdyż, jak mawia Nelson Mandela :” Żadna ideologia nie jest warta zachodu, jeśli nie mógłbyś oddać za nią życia”.

Sukces klubu to nazwa.


Przedwojenna Polska klubami stała, nie tylko w Warszawie, ale na Pomorzu – Sopot, w górach – Krynica górska, zakopane, itp. Co prawda w nazewnictwie klubów nawiązywano do modnych, na ówczesne czasy terminów jak : Patria, Adria, Odeon gdyż popularność ich była duża. Obecnymi czasy nazwy przedwojenne nie funkcjonują już w obiegu, są zdecydowanie Passe’. Dziś są modne terminy nawiązujące do obecnych nurtów cywilizacyjnych, tzn : współczesnych filmów, miejsc, rodzaju granej muzyki klubowej.

Kilka przykładów : Klub Amsterdam – to nazwa ewidentnie kojarząca się z mitem Holenderskiego luzu i wolności, z kofishopami itp. – gra się tam muzykę jak trance, dance, house. Kolejnym przykładem jest klub Alkatraz – nazwa ewidentnie kojarząca się z topornym uciskiem, gangsterską itp. – coś jest na rzeczy bo grana tam muzyka, to przede wszystkim hip hop, czasem Rn’B . Następnym klubem jest Protektor, gdzie gra się muzykę podobną do tej granej w Poznańskim Equadorze – to znaczy Dance i Techno, ponadto przysłowiowe Manieczki. Insza, inszość ma się odnośnie klubów takich jak Fehrenfeit – który jest na poły pubem ale znośna muzyka też tam ujdzie, mieszając to razem z tradycją.

Klub cztery róże dla Lucienne to z kolei miejsce dla muzyki bardów, rocka i odrobiny Jazzu.

Jak Polska długa klubów rozmaitych jest mnóstwo, ale wszystkie miały i mają jeden feler. Ów felerem bywa frekwencja. Naukowcy przeprowadzili stosowne badania w tej mierze, z których ewidentnie wynika, iż kluczem mody jest mentalność ludzka. Otóż wyszło że w okresie między 2 a 3 lat ludzie przyzwyczajają się do samej nazwy klubu i w tym momencie on przestaje być modny, tracąc klientów na kolejną nowość. Więc najlepszą metodą na „modę” jest zmiana nazwy klubu – raz na trzy lata. Dotyczy to popularności klubu a nie jego stałych bywalców, zwykle zdarza się garstka fanów danego miejsca, tym niemniej fakty są takie że ludzie uprawiający clubing, a jest ich większość – to entuzjaści przemijających mód i trendów.